Minął rok. Przybyło tłuszczu.

Pod kątem biegania przez prawie rok nic się nie działo. Nie licząc pojedynczych zrywów treningowych i przebiegniętego Półmaratonu w Gdyni jesienią. Miał się odbyć w marcu 2020, a potem wyglądało, że zrobi się ciasno na jesień od biegania i nie będzie gdzie go wcisnąć. Ale nie zrobiło się ciasno.

Nie przepadam za biegami wirtualnymi, ale „lepszy rydz niż nic”.

Organizatorzy przysłali cały pakiet startowy i nawet medal. Głupio było nie pobiec.

To pobiegłem. W sumie nawet radość była z przebiegnięcia tej połówki prawie bez przygotowań.

Potem zaczęła się zima, drugi lockdown i rośnięcie brzucha. Kiedy się prowadzi amerykańską restaurację, to akurat dość łatwe 🙂

Ale ponieważ natura nie znosi próżni, to wraz z wiosną ponownie przyszła motywacja do biegania. Okazało się przy tym, że źle się biega z 3 cyfrową wagą. Jednak tym razem postanowiłem budować bazę do biegania mimo wagi. „Ma być przez ból” – powtarzałem sobie. Niech się w głowę wdrukuje, że znaczne przybranie na wadze musi mieć swoje konsekwencje.

Fantastycznie, że głowa pamięta jak się biega. Łatwo zatem wskoczyć w dawne rutyny. Mimo wagi, baza budowała się znacznie szybciej niż 2 lata temu, w trakcie przygotowań do Nowego Yorku.

Wiosną też wróble zaczęły ćwierkać, że jest szansa na wielkie imprezy w tym roku. W tym dwie będące w centrum moich bezpośrednich zainteresowań: Berlin i Londyn.

Wtedy też pojawił się temat zrzucania wagi przez post wodny.
O tym w następnym wpisie.

Leave a Reply