Nocny Bieg Świętojański

Nocny Bieg Świętojański

Moja pierwsza duża radość miała miejsce po Nocnym Biegu Świętojańskim, 29 czerwca 2019 w Gdyni. Pamiętam jak kilka lat temu próbowałem „złamać się” i zacząć biegać, ale wtedy właśnie nie udało mi się przygotować… do tego biegu. 10 km wydawało się wtedy kompletnie poza zasięgiem. Popełniłem przy tym kilka głupich błędów początkującego, ale o tym innym razem. Bo ważne.

Jako początkujący biegacz, który miesiąc temu postanowił przygotować się do maratonu, dość szybko wyczytałem u bardziej doświadczonych kolegów, że ważnym elementem przygotowań do wielkiej imprezy są… starty!

Wydaje się, że ten Bieg Świętojański gdzieś mi siedział za skórą. Nie wahałem się przed zgłoszeniem nas do imprezy ani chwili. Mimo, że biegałem raptem od kilkunastu dni to miał to być debiut właśnie tu. I już!

Pakiety startowe odebraliśmy dzień wcześniej. Kompletnie nie wiedziałem jeszcze jak można sobie pomóc w dzień startu, gdy bieg zaczyna się o 23:59. Nauczyłem się, że lubię biegać zaraz po przebudzeniu. A jak będzie w nocy? Co jeść w ciągu dnia? Czy odpocząć? Zdrzemnąć się? Więcej pytań niż odpowiedzi.

W okolice startu dotarliśmy z ponad godzinnym wyprzedzeniem. Na miejscu było już całe mnóstwo ludzi. Potem się dowiedzieliśmy, że bieg ukończyło 2740 osób. Start przy takiej ilości oczywiście odbywał się falami. Stanąłem sobie w ostatniej strefie jako pokorny początkujący.

Poszło! Wreszcie przekroczyliśmy linię startu i włączyłem sobie apkę z pomiarem czasu.
Wiedziałem, że trasa w Gdyni będzie dla mnie i moich kilogramów wymagająca. Po kilkuset metrach zacznie się stromy 2 kilometrowy podbieg i zupełnie nie wiem jak będzie mi się biegło. Nie trenowałem wcześniej takich podbiegów. BIegam raptem od 2 miesięcy!
Toteż moim założeniem taktycznym było… maksymalnie zwolnić, a następnie zacząć przyspieszać kiedy górka się skończy.

Tempo pod górę było tempem bardzo towarzyskim. Sporo osób sympatycznie sobie rozmawiało. Ja natomiast byłem zbyt przejęty, żeby nawiązać z kimś dialog. Skupiłem się na słuchaniu mojego Endomondo, które co 500 m informowało mnie w jakim biegnę tempie.

Górka pod Witomino wreszcie się skończyła. I zaczęło się wariactwo, czyli bieg w tempie jakiego wcześniej nie używałem. Kolejne kilometry przelatywały w tempie między 5:10 a 5:50 a ja tylko przez moment zastanawiałem się czy długo tak wytrzymam. W efekcie aplikacja pokazała, że pobiłem swój rekord na 5 km (26:58). Jest się z czego cieszyć.

Na mecie medal śliczny. Pierwszy w życiu wybiegany. Jeszcze butla wody duszkiem. Potem rozciąganie. Kolejna butla wody. I do domu. Schłodzić się pod prysznicem. Pierwszy w „dorosłym życiu” bieg masowy zaliczony. I to z uśmiechem na twarzy!

PS. Kilka dni później okazało się, że nogi nie były „zbyt szczęśliwe” z tego biegowego wariactwa. Ale co tam. Niech się przyzwyczajają!

Statystyki
WP Strava ERROR 401 Unauthorized - See full error by adding
define( 'WPSTRAVA_DEBUG', true );
to wp-config.php

Dodaj komentarz