Pierwsze oficjalne 21,097 km w życiu!

Pierwsze oficjalne 21,097 km w życiu!

Tyle się naczytałem się o kolacjach w przeddzień wielkich imprez pt. „Pasta Party”…

Ponieważ sobotni 7 Nocny Półmaraton Praski odbywał się wieczorem, okazje do zjedzenia pysznego makaronu i doładowania się węglowodanami były aż dwie. W piątkowy wieczór i sobotnie popołudnie, 4 i pół godziny przed startem.

Oto jedna z okazji. Pyszne, c’nie?

Makaronowa kolacja. Smacznie i pikantnie.

Sobota zaczęła się kompletnie leniwie fizycznie, ale interesująco intelektualnie w gronie przyjaciół. Troje z nas startowało, więc jak bumerang wracał temat wieczornej połówki. I mnóstwo pytań. W jakim biegniesz tempie? Jaki zakładasz czas? Czy zamierzasz wspomóc się jakimś żelem po drodze?

Moje założenia to było pobiec tę pierwszą w życiu połówkę między 2h15min a 2h25min. Zupełnie nie wiedziałem jak zachowa mi się organizm po niepokojącym tętnie w tygodniu poprzedzającym występ. Ponieważ ten półmaraton to jakiegoś rodzaju sprawdzian przed listopadowym maratonem, postanowiłem być bardzo uważny co się będzie działo. Bardziej mi zależało na ukończeniu i obserwacjach niż na jakimś konkretnym wyniku.

Z wcześniejszych treningów wiedziałem, że 21 km można spokojnie przebiec bez żadnego wspomagania żelem. Bez wody się nie da, ale bez żelu można biec bez żalu. Z przyjemnością natomiast potem wciągniesz banana na mecie. Jednak wziąłem żel z glukozowym kopem po to, żeby zobaczyć jak będzie reagował na niego organizm. Będzie mi to potrzebne w samym maratonie. Wolę mieć pod kontrolą reakcje.

Po przyjrzeniu się mapie zrobiłem następujące założenia. Około 6-7 km będzie stoisko z wodą, potem na 9 km wciągam żel, na 10 km popijam znowu wodę… Ja tam wolę mieć to zaplanowane przed startem. Im więcej rzeczy pod kontrolą, tym mniej zaskoczeń na trasie. I tak jest element niepewności, bo nie znam dokładnie tych wszystkich części warszawskiej Pragi. Bieg będzie więc podwójnie „w ciemno”.

Już pod Stadionem Narodowym. Najpierw kapitalna zbiorowa rozgrzewka. Chwała organizatorom. Zrobione to było tanecznie i „z jajem”. Potem powoli przesuwamy się w kierunku stref startowych. Ostatnie sikanie. Co jest niemal bez znaczenia w moim przypadku, bo za chwilę adrenalina i tak odetnie myślenie o potrzebach fizjologicznych.

Organizatorzy zapowiadają 9000 osób oraz kilka biegowych sław.

Stajemy w swojej strefie. Zaczynam swój rytuał koncentracyjny. Po raz pierwszy zauważyłem podczas poprzedniego startu, jak bardzo przydaje się wyłączyć otoczenie, wyciszyć i skoncentrować wyłącznie na celu. A celem na dziś jest pobiegnięcie tego wyścigu najlepiej jak tylko potrafię, z maksimum radości i satysfakcji.

Ruszamy wreszcie. Początkowo marsz by dotrzeć jako trzecia fala w okolice startu, a tam… zegarki w ruch, a kto nie ma, odpala aplikację w telefonie.

Zaczęło się! Pierwsze metry. Asekuracyjnie biegnę kawałek za pacemakerem na 2h20min. To oznacza możliwość biegnięcia trzymając się kogoś, kogo zadaniem jest pilnować stałe tempo 6:38 min/km.

Najważniejszy jest ten pierwszy raz. Kiedy przebiegnę ten pierwszy półmaraton, będę miał punkt odniesienia przy następnej okazji. Tymczasem zacząłem bardziej niż wolno. Pierwszy kilometr przebiegam w czasie 6:56. Pisk zegarka z tą informacją sprawia, że nieco przyspieszam. Zaczynam wyprzedzać. Na tym etapie biegu jest to nieco utrudnione. Wciąż biegnie bardzo zwarta grupa i naprawdę trzeba uważać, żeby nie narobić sobie bałaganu.
Drugi kilometr w tempie 6:24 już wygląda nieco lepiej. Wciąż jestem za pacemakerem, widzę jego balonik z napisem 2:20. Zadziwiam sam siebie, podejmując decyzję o wyprzedzeniu go. Już? Tak szybko. Coś mi jednak mówi, że jednak mogę pobiec nieco szybciej.

Wciąż kontroluję tętno, mając gdzieś z tyłu głowy zeszły tydzień. Odpędzam myśli o tym, że może mi podskoczyć w okolice HRmax i będę miał niezłą zagwozdkę. Póki co jest nieźle. Cały czas nie przekracza jeszcze 150 uderzeń na minutę. Wielka grupa biegnąca z pacemakerem 2:20 zostaje w tyle, a ja 3 kilometr kończę z czasem 6:05. Chyba się nieco rozpędziłem. Rozumiem, że przekonałem już jakiś czas temu sam siebie, że mogę biegać 10 km trzymając tempo poniżej 6:00, ale dłuższy bieg niż dycha? Nie sądzę. Jeszcze nie.

Okolice 5 km

Pierwsze pięć kilometrów za nami. Często mój mózg w takim momencie robi sobie ze mnie żarty typu: „1/4 za tobą, jeszcze tylko 3/4 trasy”. Ale nie tym razem. Brzmią mi w głowie dźwięki jakiejś skocznej chóralnej piosenki, więc dialogów nie słychać.

Saska Kępa. Biegniemy ulicą Francuską. Uwielbiam to miejsce. Moim zdaniem najpiękniejsza część całej trasy. Z restauracyjnych ogródków pojawiają się dopingujące odgłosy.

Dobiegamy do punktu nawodnienia przed 7km. Ja już pewnie z litr straciłem. W chwili startu około 20:30 temperatura wynosiła 24 stopnie. Prognozy pokazują, że spadnie ale i tak pocimy się okrutnie. Z daleka widać porzucone puste kubki po wodzie. I spore zaskoczenie. Nie ma wody?!

Jak to? Czyżby wcześniejsi biegacze wypili całą wodę w tym punkcie? Na moment wskakuje przed oczy wizja napicia się wody dopiero za 5 km. Kilka osób dookoła ma podobne odczucia i głośno protestuje. Szczęśliwie jeden w wolontariuszy informuje nas, że jeszcze za jakieś 50-100m woda będzie. Aż do skrzyżowania Zwycięzców z Saską. Uff. Jest. Zaraz, zaraz. Jak to się pije. Kubek z wodą, ręka unoszona do ust i zachowanie jako takiego tempa biegu to niemal kwadratura koła. Małymi łyczkami. Coś tam wpada do ust. Jest taka pyszna…

Gdzieś na trasie

Coraz bardziej cieszę się, że wszystko jest w porządku. Tętno nie wariuje. Biegnę równym tempem. Balonik z tempem 2h20m został gdzieś daleko z tyłu – wynik będzie poniżej, a zatem mój nowy rekord życiowy. Jakiś taki przyjemny ten bieg. Minęło już 15 km i mój pierwszy oficjalny półmaraton zaczyna przechodzić do historii. Sześć kilometrów biegu w kierunku Stadionu Narodowego, gdzie zlokalizowana jest też meta, przebiega Wałem Miedzeszyńskim. To jest ten dodatkowo fantazyjny element biegania w takich imprezach. Możesz sobie biec ulicami, po których przez 99% roku jeżdżą tylko samochody. Tymczasem nie ma ani samochodów, ani spalin. Co jest dodatkowym atutem.

Na Wale Miedzeszyńskim pięknie podmuchuje wiatr. Od czasu do czasu słychać różne gatunki muzyki. Przy niektórych z nich nawet dobrze się biegnie.

Na jednym z ostatnich punktów nawodnienia są też izotoniki. Chwytam więc jeden kubek wody i jeden izotonik. Woda mi smakuje. To ciepłe drugie nie bardzo. Szczęśliwie jest jeszcze woda w pobliżu, więc uzupełniam jej poziom w organizmie.

Ostatnie kilometry

Po 18 km dopada mnie mały kryzys. A właściwie obojętność. O ile wcześniej myślałem w kategoriach ukończenia tego biegu w jakimś konkretnym czasie, w tym momencie staje się to zupełnie obojętne. W sumie ciekawe zjawisko. Na tyle mnie zajmuje jakaś logiczna analiza tego, co się dzieje, że niemal 2 kolejne kilometry mijają bez odczuwania jakiegokolwiek bólu. Bo i ten czasem się pojawiał. Żeby było zabawnie, wykręcam całkiem ładne czasy.

W głowie rodzi się myśl, żeby pobiec szybciej ostatni kilometr, ale przeciągam ten finisz jak mogę. Może trochę demotywujące okazało się, że różnica w pomiarze odległości między zegarkiem z gps, a faktycznymi kilometrami trasy była większa niż się spodziewałem…
Jednak człowiek nie biegnie optymalną ścieżką, sporo było wyprzedzania, niekoniecznie najkrótszego pokonywania zakrętów, itp.

Ostatecznie przyspieszam na ostatnich 400 metrach. Meta działa jak magnes. Oczami wyobraźni widzę, jak dostaję ładny, pamiątkowy medal. Już ostatnie metry dzielą mnie od tego… Jest!

Radość. Szczęście.

To już! Zrobiłem to! Jeszcze 5 miesięcy temu nie cierpiałem biegać.
Jaki ten medal piękny. Wypijam kilka łyków wody i z nieco chwiejną postawą zaczynam ostatni akt dzisiejszego półmaratońskiego wysiłku: rozciąganie. Już nauczyłem się, że to „sianie” na przyszłość.

Nieco na wyrost myślałem, że rozciąganie to ostatni wysiłek fizyczny tego wieczora. Po prysznicu u przyjaciół bowiem, czekała nas jeszcze trasa samochodem do Gdańska. Za to jak cudownie było położyć się do własnego łóżka o godz. 5:30 rano…

Statystyki
WP Strava ERROR 401 Unauthorized - See full error by adding
define( 'WPSTRAVA_DEBUG', true );
to wp-config.php

Dodaj komentarz