Tętno w okolicach HRmax?!

Tętno w okolicach HRmax?!

Zbierałem się by pisać w ostatnim tygodniu przygotowań przed półmaratonem, ale… nie było niemal żadnych przygotowań. Na 6 dni przed warszawską „połówką” miałem zaplanowane dłuższe wybieganie. Korzystam z planów treningowych w aplikacji Strava i tam to się nazywa Long Run. Plan zakładał spokojne bieganie na dystansie między 22 a 27 km.

Wstaliśmy w niedzielę około 7 rano. Spojrzałem na zegarek i miałem przeczucie, że nie jest to najlepszy dzień na trening. Przez chwilę wydawało mi się, że moje tętno spoczynkowe jest za wysokie. Tak z 20-25 uderzeń więcej niż normalnie. Zdaniem wielu starych biegowych „wymiataczy” to nie jest najlepszy znak.

Jednak bardzo chciałem biegać. Plan to plan. Zbliża się warszawska „połówka”, wyścigowy test przed listopadowym maratonem… Odezwało się ego. Pobiegłem.

Po 2 km bardzo spokojnego tempa (około 7 min/km) tętno zaczęło wyczyniać jakieś harce w okolicach 160 uderzeń na minutę… No nie… myślę sobie. Zwolniłem do marszu, żeby uspokoić serducho i po minucie czy dwóch kontynuowałem bieg. Cóż to były za męczarnie.
Oszczędzę sobie opis „umierania na trasie”. Po 16 km takiego treningu zrezygnowałem. Tętno zaczęło wariować w okolicach HRmax (a miał być to trening tlenowy, czyli w moim przypadku do około 148 uderzeń na minutę).

W tym momencie byłem pełen niedobrych przeczuć. Jeszcze coś takiego mi się nie zdarzyło wcześniej. Biegnąc żółwim tempem aż takie tętno… Próbowałem sobie tłumaczyć, że mam już przebiegnięte ponad 150km w sierpniu. Więcej niż w jakimkolwiek miesiącu wcześniej, ale zupełnie mnie to nie przekonywało. Stanąłem przed lustrem i powiedziałem sobie prosto w twarz: „Twój start w połówce w Warszawie stoi pod dużym znakiem zapytania”.

Minęło kilka nerwowych dni… Twardo postanowiłem odpocząć po tamtym treningu.
We środę wciąż jeszcze czułem się fatalnie. Za cholerę nie wiem co się działo. Infekcja jakaś? Wirus? Nagle intuicja podpowiedziała mi, żeby zszokować organizm witaminą C.
Zacząłem pić rozpuszczone w wodzie dawki typu 5000 mg, 3-4 razy dziennie.

Nie wytrzymałem w czwartek wieczorem. W Gdańsku jest świetna, zupełnie płaska trasa od Brzeźna do Sopotu. Musiałem sprawdzić jak zachowa się mój organizm. Po 4 dniach odpoczynku czułem, że moje nogi są zupełnie świeże, zupełnie inaczej biegło mi się niż podczas tamtej feralnej niedzieli. Tętno wciąż wyższe, ale już dawno 10km nie sprawiło mi takiej frajdy jak tym razem.

Pojawiło się światełko w tunelu. Może jednak pobiegnę ten półmaraton…

Dodaj komentarz